Sport zawsze był ważną częścią mojego życia.
Kiedy zostałam mamą uprawiałam głównie sporty, którymi chciałam zarazić syna: pływanie, karate, narciarstwo, a kiedy Janek podrósł, nurkowanie, aerobik, stepy, zumby, był też mocny epizod z ćwiczeniami siłowymi.
Po tylu dyscyplinach, których w życiu spróbowałam przyszła nagła, niespodziewana miłość do jogi, która jest niezaprzeczalnie czymś więcej niż tylko ćwiczeniem ciała. Przyszła w odpowiednim momencie, bo oto pewnego dnia odezwała się borelioza długo czająca się w moich stawach. Skumulowały się również godziny spędzone w pracy przed komputerem, swoje 'trzy grosze’ dorzuciły też zmiany hormonalne, skądinąd zupełnie normalne u kobiety w moim wieku. Codziennie rano po przebudzeniu czułam się jakbym miała 100 lat – ból pleców, barku, sztywność w stawach. Wyjścia były dwa – zacząć pielgrzymki po lekarzach, albo spróbować pomóc sobie intuicyjnie, słuchając swojego ciała, ucząc się go jakby na nowo. W trudnym dla mnie czasie stanęła na mojej drodze szczególna odmiana jogi – Kundalini z jej ogromnym naciskiem na medytacje i oddech przeponowy, który potrafi zdziałać cuda. Nie wyobrażam sobie dnia bez godzinnej gimnastyki zaraz po przebudzeniu. Z całego zestawu setek ćwiczeń i pozycji, które poznałam w swoim życiu, wybieram te, które uelastyczniają i wzmacniają ciało, ale też koją nerwy i wyciszają umysł. Ćwiczenia to nie ma być tortura dla ciała, to ma być prezent od nas dla niego, przyjemność. Dlatego też zawsze sesje ćwiczeń łączę z delikatną muzyką – lekkim smooth jazzem, bossa novą, chilloutem i etno. Wystarczyły zaledwie dwa miesiące regularnych łagodnych ćwiczeń, żeby ból w ciele zaczął się wycofywać. Ciało podziękowało za pomoc.